niedziela, 11 lutego 2018

OGŁOSZENIE


Z dniem dzisiejszym zaprzestaję na tym blogu publikacji. Po prawie 5 latach i zamieszczeniu 156 wpisów, oraz prezentacji w artykułach tyleż obrazów, rozpoczynam nowy projekt na własnej stronie internetowej. Część tekstów zostanie tam przeniesiona, a te, które nie będą zgodne z ideą nowej strony, pozostaną tutaj.


piątek, 9 lutego 2018

Historia jednego obrazu. Aleksander Gierymski „Chłopiec niosący snop”


Do roku 2004 to arcydzieło sztuki polskiej końca dziewiętnastego stulecia uważane było za zaginione i figurowało w rejestrze „Polskich strat wojennych”. W maju tegoż roku obraz niespodziewanie pojawił się w jednym z naszych domów aukcyjnych, gdzie został wystawiony na sprzedaż za okrągłą sumkę 800 tysięcy złotych. Został jednak z niej niezwłocznie wycofany i zatrzymany w policyjnym depozycie.

Aleksander Gierymski w 1889 roku opuszcza po raz kolejny rodzinną Warszawę i już nigdy więcej do tego miasta nie powróci. Przebywa w Monachium i Paryżu gdzie zagłębia się w tajniki nokturnu, tworząc tam kilka wybitnych dzieł z tego nurtu. W 1894 roku postanawia jednak po kilku latach nieobecności w ojczyźnie przyjechać do Polski, ale już do Krakowa. Często bywa u niezwykle gościnnego i otwartego na świat artystyczny zamieszkałego w Bronowicach (wówczas podkrakowska wieś) Włodzimierza Tetmajera. Tenże Gospodarz z dramatu „Wesele” Wyspiańskiego otoczył opieką znerwicowanego i zmęczonego malarza. Zresztą sam był wszechstronnym artystą, więc dobrze rozumiał swego kolegę po fachu.

W Bronowicach

Na spokojnej polskiej wsi powstają wówczas świetliste obrazy Olesia, jak nazywali przyjaciele Aleksandra, w tym pejzaż przedstawiający fragment Bronowic („Droga w Bronowicach”) oraz studia typów ludowych („Dziewczyna z Bronowic”, „Chłop z Bronowic”). Maluje tu także inny obraz zaliczany również do arcydzieł artysty - „Trumnę chłopską”.
W Bronowicach powstaje również płótno „Chłopiec niosący snop”. Być może jest to ostatni obraz namalowany przez artystę w Polsce. Chociaż biografka artysty, Ewa Micke-Broniarek uważa, że jest nim dzieło „Człowiek w alei lipowej”, który ukazuje „samotną postać mężczyzny odwróconego tyłem do widza, zapatrzonego w cichy, prześwietlony słońcem krajobraz jesiennego parku”. Pełna zgoda – tak symbolicznie możemy to płótno odczytać, więc niech „Chłopiec niosący snop” będzie przedostatnim obrazem stworzonym przez Gierymskiego na ojczystej ziemi.

Aleksander Gierymski "Chłopiec niosący snop", MNWr

Obraz zaginiony?

Po zatrzymaniu obrazu w policyjnym „areszcie” rozpoczęto procedurę sprawdzającą jego losy. Okazało się, że nie ma w tym przypadku mowy o żadnej kryminalnej sensacji. Obecnym właścicielem okazał się pewien zamożny mieszkaniec Warszawy. Przed II wojną światowa zakupił on dzieło od wcześniejszego właściciela przez pośrednika. Posiadaczem płótna był Henryk Aschkenazy, bankier, człowiek bardzo bogaty, który zaraz po transakcji wyemigrował do USA. Tenże, dawno temu wszedł w posiadanie malowidła, gdy po śmierci kolekcjonera i mecenasa kilku polskich malarzy, hrabiego Korwin-Milewskiego, wyprzedawano jego zbiory. Po wybuch wojny, w obawie przed utraceniem swoich skarbów, nowy właściciel ukrył kolekcję w skrzyniach i zakopał. Po wyzwoleniu odnalazł ją, a obraz Gierymskiego zawiesił na ścianie salonu, gdzie cały czas cieszył oczy swego posiadacza. A teraz, tzn. w 2004 roku, postanowił go legalnie sprzedać na aukcji za cenę wywoławczą 800 tys. złotych. 

Obraz na ekspozycji w muzeum

Po tych wyjaśnieniach, uznając legalność posiadania przez obecnego kolekcjonera dzieła, już nie było przeszkód do przeprowadzenia transakcji. Jednak za zgodą właściciela znów został z aukcji wycofany, ponieważ taką prośbę złożył minister kultury. Przy dziele o tak wielkiej wartości artystycznej ważnej dla naszego dziedzictwa narodowego, stosuje się prawo pierwokupu przypadające polskim muzeom. Zdaje się, że zasadę tę zastosowano wówczas po raz pierwszy. I tak wykupiono obraz za sumę podobno trochę ponad miliona złotych. Już w grudniu 2004 roku został on przekazany do zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu.


Chłopiec ze snopkiem na głowie

Problem koloru i światła był dla Aleksandra Gierymskiego niezwykle ważnym zagadnieniem, możemy powiedzieć nawet, że elementem wspólnym dla całej jego twórczość. W polskim malarstwie końca XIX wieku był uznawany za prekursora tendencji kolorystycznych i luministycznych. Taki także jest i ten obraz. Zachwycałem się nim długo patrząc na niego, kiedy niedawno temu byłem w muzeum. Prosta scena rodzajowa. Słoneczny dzień, wokoło przyroda i chłopak niosące na głowie snopek. I tyle. Ale rozwińmy na koniec ten mój prosty wywód jeszcze spojrzeniem na to dzieło jednej z biografek artysty. Dorota Dzierżanowska (2006): „Tło Chłopca...jest sielską realnością, pierwszy plan natomiast sielską idyllą. W sierpniowym skwarze na polu stoi chłopiec w przykrótkich portkach i haftowanej, odświętniej koszuli. Snop, który trzyma nad głową, lśni złotem. Palące promienie słońca załamują się na suchych źdźbłach, wydobywając ich kształty”. To takie cudowne połączenie swojskiego realizmu z niektórymi cechami powziętymi z impresjonizmu.

Aleksander Gierymski: Chłopiec niosący snop, 1895 rok
technika/materiał: olej, płótno
wymiary: 94 x 77 cm
Muzeum Narodowe we Wrocławiu

niedziela, 21 stycznia 2018

Ruiny średniowiecznego zamku w Bobrownikach wg obrazu Wojciecha Gersona i ich krótka historia

Bobrowniki to mała miejscowość leżąca niedaleko Włocławka, po drugiej stronie Wisły do tego miasta. Swego czasu specjalnie się tam udaliśmy, aby skonfrontować to, co jest tam obecnie, z tym co przeszło półtora wieku temu widział Wojciech Gerson.

Obraz ten powstał na początku długiej i bardzo bogatej drogi artystycznej Wojciecha Gersona. Był twórcą specjalizującym się w malarstwie historycznym, pejzażowym czy portretowym. O innych polach jego działalności czy to pedagogicznej czy społecznej, można by napisać osobne, długie artykuły.

Wędrówki wodno – piechotne artysty

Wiemy, że twórca bardzo dużo wędrował po Polsce odbywając, jak to sam nazywał, wycieczki „wodno – piechotne”. Działo się tak już od roku 1850. „Młody, mocnej budowy, zamiłowany w ćwiczeniach fizycznych, chłonął w podróżach z całą żarliwością uroki natury, zaznając rozkoszy długich marszów, byle jakiego pożywienia i nieoczekiwanych przygód” - pisał biograf malarza. Podczas tych wojaży, które wykonywał nie tylko dla doznania „przygód”, robił dziesiątki szkiców ołówkiem, czy akwarelą, a później, już w swojej warszawskiej pracowni, tworzył obrazy olejem malowane. W latach 1852-53 artysta wykonał dekorację wystroju wnętrz statków pasażerskich Żeglugi Parowej "Płock" i "Włocławek”. Być może już wtedy dokonał szkicu do obrazu ruin zamku z Bobrownik. Właściwy obraz tworzy w roku 1856, o czym świadczy sygnatura zamieszczona na obrazie w jego lewym dolnym rogu: „WG 56”.

Wojciech Gerson "Ruiny zamku w Bobrownikach nad Wisłą (fot. MNW)

W obrazie tym - jak pięknie opisał to dzieło Armand Vetulani - „malowanym bardzo starannie nieco przytłumionymi barwami artysta trafnie odtworzył przestrzeń i światło, poprawnie zachowując perspektywę liniową, powietrzną i barwną. Plan najbliższy opracował drobiazgowo i wyraziście, dalszą masę ruin potraktował szerzej i mniej wyraźnie, wreszcie plany najdalsze zaznaczył smugami barw rozjaśnionych. Starał się przy tym stworzyć w obrazie pewien szczególny nastrój. Ruiny zamku na tle chłodnego światła, płynącego gdzieś z pogranicza błękitu nieba i zasnuwającej go częścią ciemnawej zasłony chmur, wydają się martwe i opuszczone.
I takie „opuszczone” są do dzisiaj.

O zamku w Bobrownikach

Niewielkie wzgórze już w XII w. posłużyło tutejszym władcom na wybudowanie drewnianego grodu. Jednak gdy ziemie te objął we władanie Władysław Opolczyk w 1377 roku, a jak wiadomo był on sprzymierzeńcem Krzyżaków, to od razu całą Ziemię Dobrzyńską oddał im w zastaw. Krzyżacy nie czekają długo, mając tak cudowne miejsce na wzgórzu nad Wisłą, od razu przystępują do budowy twierdzy obronnej. Przez kilka lat, po pokoju w Raciążku, zamek należał do Polski, ale ponownie przejęli go Krzyżacy i był w ich rękach do czasu zakończenia wielkiej wojny z Zakonem. Wtedy to ponownie powrócił w polskie władanie już na zawsze.

Riuny zamku w Bobrownikach - widok obecny

Położony na prawym brzegu Wisły miał zamek w Bobrownikach bardzo poważne znaczenie strategiczne. Dlatego król Władysław Jagiełło zarządził jego rozbudowę wyposażając go w baszty przystosowane do użycia artylerii. Do dnia dzisiejszego niestety pozostała tylko cześć jednej z tych wież. Zmieniały się czasy, zmieniały się potrzeby militarne, a także przesuwały się granice Rzeczpospolitej. Zamek traci więc na znaczeniu. Staje się siedzibą starostwa dobrzyńskiego. Jego położenie nad wielką rzeką powoduje także, że często jest zalewany wiślanymi wodami. Potop szwedzki kończy czasy świetności zamku. Wiek XIX przynosi całkowity jego upadek. Jest stopniowo rozbierany w celu pozyskania cennego materiału budowlanego, bowiem został on pobudowany z czerwonej cegły.

Niewiele z zamku zachowało się do dzisiaj. Możemy obejrzeć tylko pewne partie murów, wieży, baszty, cześć budynku mieszkalnego. Niemniej ruiny są bardzo malowniczo położone, a z ich murów możemy podziwiać przecudnej urody rozległe widoki na rzekę Wisłę.


Wojciech Gerson: Ruiny zamku Bobrowniki nad Wisłą, 1856 rok


technika/materiał: olej, płótno


wymiary: 44 x 59 cm


Muzeum Narodowe w Warszawie

czwartek, 11 stycznia 2018

SZTUKA TERAZ OD 19 STYCZNIA W KRAKOWIE I W INTERNECIE


19 stycznia 2018 roku w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie odbędzie się wernisaż wystawy SZTUKA TERAZ. To druga edycja projektu SZLACHETNEJ PACZKI realizowanego w tym roku we współpracy z Fundacją Lotto i MNK. Na wystawie zaprezentowanych zostanie ponad 200 dzieł współczesnych polskich artystów.


Wystawa, której towarzyszyć będzie aukcja prezentowanych dzieł, ma na celu odkrywanie współczesnej sztuki, artystów tworzących teraz, a także pokazanie ludziom, że sztuka może zagościć w ich domach.

Mateusz Maliborski "Muzeum XCI"(2017), olej/płótno (fot. mat.prasowe)

Organizatorzy zaprosili do współpracy młodych kuratorów, a ci zaprosili artystów. Z ponad tysiąca prac wybitni eksperci sztuki (m.in. Beata Bochińska, Łukasz Radwan, Andrzej Szczerski) wybrali dwieście. To właśnie one zostaną wystawione w Muzeum Narodowym w Krakowie tuż obok „Damy z gronostajem” i najwybitniejszych dzieł Stanisława Wyspiańskiego (2 lutego wystawa przeniesie się do Kamienicy Szołayskich i potrwa do 15 kwietnia).

Prace prezentowane na wystawie będzie można licytować za pośrednictwem platformy Allegro Charytatywni. Dochód ze sprzedaży zostanie przeznaczony na działalność SZLACHETNEJ PACZKI, która od 2001 roku pomaga potrzebującym i łączy Polaków, realizując ideę mądrego pomagania.

Więcej informacji:

środa, 3 stycznia 2018

Tatrzańskie pejzaże Wojciecha Gersona

W wydanej przez Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie w 1939 roku (seria „Monografie artystów”), książce pióra Kazimierza Molendzińskiego, poświęconej życiu i twórczości Wojciecha Gersona czytamy, że jego „najwspanialsze pejzaże powstają w ostatnim dziesiątku lat życia. Tematów dostarczały mu rożne zakątki Polski, lecz od roku 1880 panuje już tu niepodzielnie pełen uroku świat tatrzański”. Oddajmy w tym miejscu głos córce malarza, która powiedziała: „W Tatry jeździł Gerson corocznie prawie, latem, pomiędzy rokiem 1885 a 1900 (...) Po prostu bez Tatr żyć nie mógł, tęsknił do nich i witał zawsze jednakim zachwytem i radością”. Pierwszy wypad w najwyższe nasze góry odbył bodaj w 1860 roku. Za towarzyszy miał Juliana Ceglińskiego, Marcina Olszyńskiego i Alfreda Schouppégo. Artysta uwiecznił to na akwareli, gdzie przedstawił siebie i kolegów tejże wędrówki nad Smreczyńskim Stawem.

Wycieczka artystów nad Smreczyński Staw” (1860), akwarela/papier; 17,4 x 19,6 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie (fot. MNW)


Inny biograf Gersona (Armand Vetulani) pisze tak: „Ukazując całe bogactwo tatrzańskiej natury: dymiące szczyty górskie, kamieniste zwały, wyschnięte potoki, kłębiaste, przeganiane zimnymi porywami wiatru chmury, przycupnięte tu i ówdzie ubogie szałasy i górskie chaty, pusty i zagubiony w górach cmentarzyk - potrafi artysta wydobyć szczególną nutę prawdy prosto i serdecznie powiedzianej o pełnej grozy i poezji ziemi oraz twardej doli ludu góralskiego”. Owszem, oprócz pejzaży malował także i „ubogie szałasy”. Kilka lat temu, w 2010 roku, polskie władze odzyskały zaginiony w czasie II wojny światowej jeden z najlepszych obrazów artysty „Odpoczynek w szałasie tatrzańskim” z 1862 roku. Płótno „przedstawia osiem osób – mężczyzn, kobiety i dziecko skupionych w szałasie przy starym bacy grającym na piszczałce. Właśnie na niego i na siedzącego obok góralczyka oraz stojącego młodego juhasa spoglądającego w dal w zamyśleniu pada snop słonecznego światła, który w ten sposób wyróżnia główne postaci obrazu” (cyt. za „Cenne, Bezcenne, Utracone”). Mamy więc nie tylko pejzaże, ale także życie ludu tamtych ziem.
"Odpoczynek w szałasie tatrzańskim” (1862), olej/płótno; 92,5 x 134,5 cm, Zamek Królewski w Warszawie, (fot. domena publiczna)



Jak wiadomo Gerson malował bardzo dużo portretów oraz obrazów ze scenami historycznymi. Marzył, aby na tym polu rywalizować z Matejką. Jednak powiedzmy sobie szczerze, nie miał szans. Pisze Tadeusz Dobrowolski: „Sceny historyczne Gersona obrazom Matejki nie dorównywały. Były one na ogół akademickie, pozbawione dynamiczności i dramatycznego nerwu”. Znawczyni twórczości artysty, Janina Zielińska mówi wprost: „Obrazy historyczne Gersona, odznaczające się biegłością techniczną i doskonałym rysunkiem, pozostają chłodne i suche w scenach figuralnych”. Widział to także Stanisław Witkiewicz, malarz, ale także wybitny krytyk sztuki. Pytał, z jakiej przyczyny Gerson nie maluje wyłącznie pejzaży, w czym jest dobry. „Dlaczego zamiast z takim staraniem opracowanych pań i panów na raucie króla Kazimierza, zamiast tych wszystkich marionetek, ociekłych rudą farbą, nie posłał na wystawę paryską górskiego czy mazurskiego pejzażu, który tak dobrze odczuwa i maluje”? Czemu więc artysta nie poszedł tą drogą? Obecnie trudno nam to zrozumieć, jednak musimy wziąć pod uwagę czasy, w których tworzył. Odpowiedź znajdujemy jednak u Eligiusza Niewiadomskiego, który stawia prostą receptę. „Malując krajobrazy, Gerson zapewne by się doczekał pośmiertnego uznania i został sławą europejską, ale prawdopodobnie zanim by to nastąpiło, musiałby umrzeć z głodu, zejść ze świata jako zapomniany, bez wpływu i znaczenia artysta. (…) Aby żyć, musiał Gerson malować świętych do kościołów, a obrazy historyczne malował po części z zamiłowania szczerego, po części z apostolstwa – a także dla powagi i godności swego pędzla. Albowiem historyczne malarstwo było wówczas jedynym, o którym się w ogóle mówiło”. Ale Gerson nie był tylko przecież malarzem. O jego działalności na innych polach pisałem wcześniej tutaj.

Pejzaż górski” (1885), olej/płótno; (?), Muzeum Lubelskie, wł. Muzeum Narodowe w Warszawie


Podczas górskich wędrówek robił Gerson dziesiątki szkiców czy to ołówkiem, czy akwarelą. Później, już w pracowni, wykonywał duże obrazy olejem malowane. Jak zauważa Waldemar Łysiak, w jego pejzażowej twórczości można wyróżnić dwa okresy. „Ów wczesny, można rzec młodzieńczy (…) i późny, można rzec sędziwy. W drugim okresie był już plenerowcem pełną gębą i mniej detalistycznie traktował szczegóły, co skłania niektórych dziejopisów do przypisywania mu ciągot impresjonistycznych...”. Przyznajmy, odważna teza zważywszy na fakt, że Gerson do wszelkich „izmów” był nastawiony wręcz wrogo, a sam impresjonizm nazywał pogardliwie „wibryzmem”. Ale w sumie patrząc na te późne jego działa, musimy powiedzieć – coś w tym jednak jest.

Widok z okolic Morskiego Oka” (ok.1888), olej/płótno; 64 x 97,7 cm, Muzeum Narodowe we Wrocławiu


Na koniec tego szkicu chciałbym szczególną uwagę zwrócić na jedno z tak wielu tatrzańskich dzieł Wojciecha Gersona. To obraz „Cmentarz w górach”. Z bardzo pięknym opisem tego płótna możemy zapoznać się w internetowym katalogu Muzeum Narodowego w Warszawie, w którego zbiorach malowidło się znajduje. Jego autorka, Janina Zielińska pisze: „Realistycznie odtworzony pejzaż wiejskiego cmentarza, z sylwetkami kobiety w żałobie i dziecka, z łagodnymi łańcuchami gór w głębi oraz świetlistym, przesłoniętym poszarpaną zasłoną chmur niebem, nie pozbawiony jest romantycznej metafory. Ukryta treść mówi o przemijaniu ludzkiego życia, nieskończoności wszechświata i wiecznym rytmie odradzającej się przyrody, której człowiek jest tylko małą cząstką. Obraz wyróżnia się walorami malarskimi - harmonijnym kolorytem i swobodną, impastową fakturą, nasuwającą analogie z malarstwem francuskiego realisty Gustave'a Courbeta”.

Cmentarz w górach” 1894, olej/płótno; 67 x 100 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie


Tatrzańskie pejzaże artysty zalicza się do czołowych jego dzieł, choć i wielu uważa, że do najważniejszych osiągnięć rodzimego malarstwa pejzażowego końca dziewiętnastego stulecia. Często artystę, obok Leona Wyczółkowskiego, nazywa się „Malarzem Tatr”.

Zwał skalisty w Dolinie Białej Wody w Tatrach” (1892), olej/płótno; 80,5 × 65,5 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie


Popatrzmy zatem na kilka jeszcze tatrzańskich pejzaży Wojciecha Gersona pochodzące z tego drugiego okresu - „sędziwego”. Poprzedzimy ten pokaz poezją.

Witajcie, kochane góry,
O, witaj, droga ma rzeko!
I oto znów jestem z wami,
A byłem tak daleko!

Dzielili mnie od was ludzie,
Wrzaskliwy rozgwar miasta
I owa śmieszna cierpliwość,
Co z wyrzeczenia wyrasta".
(Jan Kasprowicz „Księga ubogich I", fragment)

Krajobraz tatrzański” (Wyschnięty potok w Tatrach) (1893), olej/płótno; 115 x 77,5 cm, Muzeum Narodowe w Poznaniu (od 1950 r.), wł. Muzeum Narodowe w Warszawie


Krajobraz tatrzański” (Szałas w Tatrach) (ok. 1897), olej/tektura; 24 x 33,8 cm, Muzeum Narodowe w Warszawie (fot. MNW)


Dolina Bramki w Tatrach” (1890), olej/płótno; (?), Muzeum Narodowe w Krakowie


Pejzaż tatrzański z góralem” (Ulewa w Tatrach)”, (1900), olej/płótno; 34 x 42 cm, Muzeum Narodowe Kielce


poniedziałek, 18 grudnia 2017

10 obrazów polskich malarzy z kobietami w roli głównej

Który z naszych artystów nie malował kobiet? Nie było takiego? Tak zdecydowanej odpowiedzi jednak nie udzielę, bo moja wiedza w tym temacie aż tak szeroko nie sięga. Nie wydaje mi się zresztą, aby ktokolwiek był w stanie poznać twórczość wszystkich malarzy i malarek, którzy mniej lub bardziej zapisali się w historii polskiej sztuki. Przypuszczam jednak, że każdy namalował czy to portret, czy jakąś scenę rodzajową, gdzie niewiasty były na nich postaciami jak nie głównymi, to jednak ważnymi w całości kompozycji. Mam natomiast świadomość, że mój wybór dziesięciu dzieł spośród tak ogromnej liczby obrazów z kobietami w roli głównej, to jakby strzał we własną stopę. Trudno, jednak spróbuję. Oczywiście wybór to całkowicie subiektywny. Pokazuję malowidła, które mnie osobiście wzruszyły czy też były niezwykłe z uwagi na sposób tworzenia, jak np. u Podkowińskiego. Obracam się jak zawsze wśród malarzy przede wszystkim młodopolskich lub w niedalekich okolicach tego okresu w polskiej sztuce. Dzieła zaprezentowane zostały alfabetycznie, od nazwiska twórcy. Przyjęta zasada: jeden malarz – jeden obraz.


1. Teodor Axentowicz „Wiosna” (ok. 1900), pastel/papier, Muzeum Mazowieckie w Płocku.


W eseju o artyście zamieszczonym na portalu Niezła Sztuka czytamy: Axentowicz często podkreślał „kobiece” artefakty takie jak lusterka, balowe suknie czy maski, przez co jego portrety mogą być także odczytane w kontekście ukrytej, a przez to niezwykle pociągającej i intrygującej erotyki”. Dodajmy do tego jeszcze trzymany w ręku kwiat żółtego tulipana oraz kolorystykę dzieła i będziemy mieli odpowiedź dlaczego artysta nadał taki tytuł swojemu malowidłu. Obecnie tulipan w innej porze roku to nic nadzwyczajnego, ale wówczas nie było jeszcze Biedronek czy innego Tesco. Ten pastelem malowany obraz oglądany „na żywo” naprawdę robi wrażenie. Przyciąga wzrok widza zaraz po wejściu do galerii, gdzie jest prezentowany.

2. Anna Bilińska „Bretonka na progu domu” (1889), olej/płótno, Muzeum Narodowe we 


Wrocławiu.




Na przełomie XIX/XX wieku Bretania przyciągała wielu malarzy w tym również i Polaków. Wśród nich była także Anna Bilińska. Artystka o solidnym wykształceniu akademickiem stworzyła tam dzieło jakże odbiegające od innych jej kobiecych portretów. Pisze E. Micke-Broniarek „...rezygnując z precyzji rysunku i dokładnego odtworzenia szczegółów na rzecz impresyjnej gry plam światła i barw, artystka uzyskała efekt spontanicznej świeżości przeniesionego na płótno wrażenia”. Oprócz postaci kobiety w płótnie tym istotną rolę odgrywa pejzaż.

3. Olga Boznańska „Autoportret z japońską parasolką” (1892), olej/płótno, Muzeum Narodowe we Wrocławiu.


Olga Boznańska będąc na „naukach” w Monachium namalowała grupę „japońskich” portretów. W tym czasie wielu artystów pozostawało pod wpływem sztuki japońskiej. Tutaj widzimy także część wnętrza jej monachijskiej pracowni. Dawniej uważano, że tenże obraz jest jej wizerunkiem własnym, autoportretem. Jednak rysy twarzy modelki nie przypominają jej oblicza. W „Kolekcji sławnych malarzy” czytamy: „Czerwona barwa stroju, tradycyjnie kojarzona z kobietami z półświatka, potęguje wątpliwości co do identyfikacji bohaterki. Sama artystka niejednokrotnie malowała siebie w stroju japońskim, jak to było wówczas w modzie...”. Tutaj natomiast „japońska” jest tylko parasolka. Stanowisko, że obraz ten jest niesłusznie uważany za autoportret artystki, zajmuje także biograf malarki, Piotr Kopszak w książce „Olga Boznańska (1865-1940)”. Natomiast w przewodniku wydanym przez Muzeum Narodowe we Wrocławiu, w którego zbiorach obraz się znajduje, dzieło to posiada dalej tytuł „Autoportret z japońską parasolką”. W innej muzealnej publikacji napisano jednak, że „niedawno pojawiły się wątpliwości, czy modelką jest rzeczywiście sama autorka”.


4. Jacek Malczewski „Portret żony Stanisława Wyspiańskiego”, olej/płótno, Muzeum Lubelskie w Lublinie.


Stanisław Wyspiański portretował żonę wielokrotnie, także z własnymi dziećmi, czy z samym sobą. Sportretował ją także nie kto inny, tylko sam mistrz Jacek w stroju, w jakim nosiła się na co dzień. Istnieją bodaj trzy koncepcje, jak Wyspiański poznał swą przyszłą żonę i żadna nie jest pewna. Mnie najbardziej podoba się ta, gdyż jest choć romantyczna. Wyspiański wracając pewnego razu z „nocnej rodaków rozmowy” spotkał na moście wiślanym dziewczynę, która niechybnie chciała się utopić. Odwiódł ją od tego czynu, zaopiekował się nią, a kilka lat później, mimo sprzeciwu otoczenia, pojął za żonę. Kobietą tą była Teofila Teodora Pytko, chłopka z podkrakowskiej wsi, zwana przez artystę Teosią. Miał z nią troje dzieci, w tym najmłodszego Stasia, urodzonego w 1901 roku.

5. Mela Muter: „Kobieta paląca papierosa” (ok. 1940), olej/płótno; kolekcja Krzysztofa Musiała.


Z relacji właściciela kolekcji wiemy, że obraz ten przedstawia kobietę, u której artystka ukrywała się w czasie II wojny światowej w Awinionie. Przypomnijmy, że malarka była Żydówką. Zapłatą za mieszkanie, wikt i opierunek, były malowane dla niej obrazy. W publikacji wydanej przez Muzeum Miasta Łodzi opisującą tę kolekcję czytamy, że obraz ten „zawiera w sobie kilka gatunków artystycznych: portret, pejzaż, martwą naturę, a nawet zapowiedź aktu. Zarazem dzieło to imponuje dojrzałym, postimpresjonistycznym warsztatem oraz udaną próbą oddania psychiki sportretowanej kobiety”.


6. Józef Pankiewicz „Japonka” (1908), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie.


Józef Pankiewicz - szermierz polskiego impresjonizmu - w roku 1908 poślubia Wandę z Lublińskich Waydlową. Świadkiem na ich ślubie był Feliks "Manggha" Jasieński, znany mecenas i kolekcjoner m.in. sztuki japońskiej. W tym czasie malarz ulega, jak wielu twórców, modzie na malowanie tego co „japońskie”. Na obrazie tym widzimy żonę artysty ubraną w czerwone kimono, która była mu modelką wielokrotnie. Widzimy także japońskie rekwizyty ustawione na podłodze. Córka Pankiewicza tak o tym obrazie mówiła: „Wszystko to przywędrowało od Jasieńskiego (...) wzorowane na drzeworytach japońskich uczesanie mojej matki...było przedmiotem długich studiów”.

7. Władysław Podkowiński „Portret Wincentyny Karskiej” (Dama na ogrodowej ścieżce) (1891), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie.


Władysław Podkowiński był artystą indywidualnym, oryginalnym, a przy tym o umyśle entuzjastycznie otwartym na wszelkie nowinki. Nie dość, że jest uznawany za prekursora polskiego impresjonizmu, to także stał się tym, który pierwszy w historii polskiego malarstwa stworzył portret plenerowy i to stosując dodatkowo impresjonistyczną paletę. Tak, ten obraz to pierwszy polski portret malowany w plenerze. Konwencja dotychczas była przecież inna. Osobę portretowaną ustawiano w starannie wyreżyserowanej pozie w pracowni malarskiej bądź innym zamkniętym pomieszczeniu i kazano przez wiele dni pozostawać w bezruchu. Artysta prowadzi jednak panią Wincentynę do ogrodu i w zaledwie kilka godzin tworzy całkiem dużych rozmiarów obraz. Modelka stojąca pośrodku parkowej dróżki, trzymająca w ręce kapelusik, jest zapatrzona gdzieś w dal, zwrócona do malarza profilem i lekko rozluźniona, a nie jak na portretach tworzonych we wnętrzach, w sztucznej pozie. Portret utrzymany jest w „zimnej tonacji kolorystycznej, rozpływającej się w zieleniach i błękitach, ulubionych kolorach impresjonistów i delikatnych refleksach różów i fioletów” - pisze B. Kokoska.

8. Władysław Ślewiński „Czesząca się” (1897), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie.


Obraz ten został namalowany podczas pobytu artysty w Paryżu. W tym czasie poznał on rosyjską malarkę Eugenię Szewcow, która później została jego żoną. Można zatem przypuszczać, że właśnie ta kobieta była ową osobą pozującą malarzowi do tego obrazu. Przyjrzyjmy się bliżej lusterku leżącemu przed modelką. Widzimy tam odbicie, jednak nie jest to „odbicie twarzy kobiety, lecz prawdopodobnie portretującego ją i natarczywie wpatrzonego w nią artysty”. Czesząca włosy o miedzianej barwie niewiasta jest na tym obrazie „intrygująca i niepokojąca, łącząca secesyjną formę z młodopolską zmysłowością, niespotykaną w innych, z reguły powściągliwych dziełach artysty” - zauważa Urszula Kozakowska-Zaucha z krakowskiego muzeum.


9. Leon Wyczółkowski „W pracowni malarza” (Portret młodej kobiety w pracowni malarza), (1883), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie.


Ten obraz Leona Wyczółkowskiego do roku 2011 nie był w ogóle znany polskiemu odbiorcy. Wtedy został wykupiony od niemieckiego marszanda i trafił do Muzeum Narodowego w Warszawie. Dyrektor MNW, dr Agnieszka Morawińska powiedziała wówczas o tym dziele: „Ta wczesna praca 31-letniego wówczas malarza należy do cyklu płócien rodzajowych o tematyce salonowo-buduarowej ukazujących atmosferę ówczesnego życia towarzyskiego Warszawy i cieszących się dużym powodzeniem. Kameralne ujęcie, melancholia w sposobie przedstawienia młodej kobiety w żałobie przyglądającej się ustawionemu na sztaludze portretowi młodego mężczyzny i porównującej wizerunek z trzymaną w ręku fotografią tworzą atmosferę powagi i skupienia wyróżniającą płótno "W pracowni malarza" od pozostałych, lekkich i beztroskich, obrazów tego cyklu”.

10. Stanisław Wyspiański „Portret Dagny Juel-Przybyszewskiej” (1899), kredka/papier, Muzeum Narodowe w Warszawie. 


Dagny Juel, Norweżka, mądra i piękna kobieta, muza m.in. Muncha. Kochali się w niej ponoć wszyscy młodzieńcy z ówczesnej cyganerii krakowskiej, bowiem zawitała ona do miasta Kraka wraz ze Stanisławem Przybyszewskim. Przez pewien czas pod jego urokiem pozostawał także sam Wyspiański, ten esteta i indywidualista. Wspomina Boy-Żeleński - „Alkohol i muzyka. Muzyka brzmiała w domu Przybyszewskich ciągle. Dagny grała Szumana, Greiga, jakieś norweskie melodie ludowe (...), sonaty skrzypcowe Beethovena”. Największym dla niej nieszczęściem było to, że wyszła za mąż za tego „maga Młodej Polski”. Zginęła zastrzelona przez swojego wielbiciela, studenta nazwiskiem Emeryk, w Gruzji, obecnym mieście Tibilisi, gdzie umówiła się z Przybyszewskim, a on nie zamierzał w ogóle tam przyjechać. Zazwyczaj delikatny w osądach Tadeusz Miciński powiedział o nim, że „to zwykła szuja i najczarniejszy szubrawiec”.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

10 nokturnów polskich malarzy, które mnie urzekły

Nokturnem w malarstwie określa się scenę nocną, ujęcie pełne mroku, często ukazane w plenerze. Złośliwcy twierdzą, że są to obrazy, na których „nic nie widać”. Często ten rodzaj malarstwa publiczności nie przyciąga. Tak było kiedyś i tak wydaje się być teraz. My natomiast poniższym zestawieniem chcemy się temu przeciwstawić i dlatego opowiemy o naszych ulubionych nokturnach.
Postępujemy według zasady: jeden malarz - jeden obraz. Dzieła zostały zaprezentowane alfabetycznie - od nazwiska artysty.


1. Józef Chełmoński „Powitanie słońca - Żurawie” (1910), olej/płótno, Muzeum Sztuki w Łodzi, Pałac Herbsta


Obrazów z tematem żurawi Chełmoński namalował cztery. Miedzy pierwszym (1870), a tym, o którym tuutaj mowa, upłynęło lat czterdzieści. Mamy więc możliwość zaobserwowania przemiany twórczej artysty. To dzieło namalował cztery lata przed śmiercią. Pod koniec życia z obrazów artysty znikają ludzie. Jedynymi bohaterami jego pejzaży zaczynają stawać się wyłącznie dzikie zwierzęta. Ostatniego płótna z tymi ptakami, „Żurawie w obłokach” (1913-1914) nie zdążył już ukończyć. Osobiście uważam ten obraz za raczej najpiękniejszy w jego bardzo bogatym artystycznym dorobku.

2. Adam Chmielowski „Ogród miłości” (1876), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie


Adam Chmielowski zanim został Bratem Albertem, a jeszcze później świętym Kościoła katolickiego, był malarzem. Tworząc „Ogród miłości” - jak czytamy w Przewodniku po Galerii Malarstwa Polskiego Muzeum Narodowego w Warszawie - „artysta nawiązał do wcześniejszych zauroczeń antykiem. W mrocznym ogrodzie, przy blasku księżyca i ognia ofiarnego odbywa się tajemniczy obrzęd składania na ołtarzu z napisem „hedone” (rozkosz) wieńców i przysiąg przez korowód zakochanych par. Jest w tym obrazie cienka granica między nastrojem marzycielskiego romantyka a głębią emocji symbolisty”. Wojciech Gerson napisał w 1891 roku o tym obrazie, że „czyni wrażenie bardziej podobne do wrażenia muzycznego niż plastycznego”.

3. Aleksander Gierymski „Wieczór nad Sekwaną” (1893), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie.


Artysta stanął w Paryżu we wrześniu 1890 roku, po wcześniejszym pobycie w Monachium, gdzie wykonał kilka nokturnów. W tej światowej stolicy sztuki kontynuował dalej zainteresowania tym tematem. Z tego pobytu w Paryżu i stworzeniu tam na początku kilku nokturnów miejskich, dla nas wydaje się jednak w najwyższym stopniu interesującym monumentalny „Wieczór nad Sekwaną”. Do tego obrazu Gierymski przymierza się już od 1892 roku tworząc jego studium, niewielkie płótno olejem malowane, które znajduje się w Muzeum Narodowym w Warszawie. „Wieczór nad Sekwaną” jest – jak zauważył S. K. Stopczyk - „bez wątpienia najbardziej impresjonistycznym płótnem w całym dorobku malarza, najbardziej jawnie demonstrującym - zwłaszcza w rozległej partii wody - technikę dywizjonizmu”.

4. Maksymilian Gierymski „Noc” (1872-1873), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie


Artysta mawiał, że na obrazie jak i na zegarze musi być widać godzinę. Przedstawiane dzieło nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, jaką porę artysta chciał ukazać. Jest to jeden z ostatnich obrazów w dorobku Maksa Gierymskiego. E. Micke-Broniarek, biografka malarza, tak pisze o tej kompozycji: „Efekt zatopionych w mroku postaci, powoli oddalających się od widza, doskonale odpowiada tajemniczej, nostalgicznej aurze tego obrazu. Jego nastrój określa przede wszystkim subtelna harmonia światła i cieni, którą w ciemności nocy tworzy blada poświata księżyca i rozjarzone blaskiem okna wiejskich chat, a także wyrafinowana gama barwna zróżnicowanych odcieni ciemnego błękitu, zszarzałej zieleni i brązu”.

5. Artur Grottger „Modlitwa wieczorna rolnika” (1865), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie


Gdy płótno to zobaczyłem po raz pierwszy, to tak po prostu, po ludzku, wzruszyłem się. Widzę na nim przede wszystkim tradycyjną Polskość. Ten niewielkich w sumie rozmiarów obraz jest na wskroś patetyczny. Bije z niego rodzima, od wieków pielęgnowana przez naszych rodaków, a już szczególnie w okresie zaborów, religijność. „Dla pozbawionych państwowości Polaków patriotyzm stanowił swoistą religię narodową, której wyznawania wymagano od wszystkich warstw społecznych. Przedstawiony przez Grottgera religijny i pracowity, pełen powagi i godności bohater obrazu symbolizuje ideał polskiego ludu” czytamy na stronie internetowej krakowskiego muzeum. Teraz zapewne widzimy to inaczej, ale jak spojrzymy na rok powstania kompozycji, to.....

6. Ludwik de Laveaux „Paryż w nocy” (1892 – 1893), olej/płótno, Muzeum Sztuki w Łodzi, Pałac Herbsta


De Laveaux zmarł w Paryżu na suchoty, w wieku, w którym wielu zaledwie pierwsze bojaźliwe stawia kroki w dziedzinie, która dla niego tajników nie miała” – pisał krytyk współczesny artyście. Rodowity Polak, choć o francuskim nazwisku i francuskich praprzodkach, był uczniem Jana Matejki i przyjacielem Stanisława Wyspiańskiego. W „Weselu” nasz wybitny dramaturg, uwiecznił go pod postacią „Widma”. Po opuszczeniu kraju udał się do Francji by rozwijać swój talent i dalej tworzyć. Często już po zmroku. Podobno śmiano się z niego, gdy codziennie w nocy szkicował paryskie latarnie. Ale on nie zważał na nic, uparcie robił swoje. Wilgotne noce miasta nad Sekwaną odebrały mu zdrowie. Odebrały mu także i życie w wieku niespełna 26 lat. „Paryż w nocy” to ukazanie zwykłej ulicy, sceny z wielkiej metropolii oświetlonej gazowymi latarniami, gdzie roztańczone światło rozjaśnia te szczegóły, których za dnia możemy nie dostrzec. Tutaj, jak i w innych jego paryskich nokturnach, widzimy samotność człowieka i tajemnicę otulonego nocą miasta.

7. Józef Pankiewicz „Rynek Starego Miasta w Warszawie nocą” (1892), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Poznaniu


Uważany za pierwszego polskiego impresjonistę (wraz z Podkowińskim) artysta już w 1892 roku zaczął odchodzić od tego kierunku. Ów mocno nostalgiczny nokturn zaliczany jest do najwybitniejszych dzieł polskiego symbolizmu. Jest także ostatnim obrazem jeszcze impresjonistycznie malowanym. Pankiewicz pisał w jednym ze swoich listów pod koniec tego roku: „Cóż mam o sobie powiedzieć? Ciągle to samo, bieda coraz większa. Trzy obrazy w tym roku namalowałem, jeden sprzedałem za dość marną cenę. Wszystkie trzy nocne”. Ten sprzedany to właśnie „Rynek Starego Miasta”, który nabył hr. Raczyński. Współczesny artyście krytyk zauważył, że nocne dzieła Pankiewicza „to nie chęć zgniewania publiczności obrazami, na „których nic nie widać”, ani chęć zrobienia (...) Starego Miasta przy sztucznym świetle latarń gazowych, lecz chęć oddania tego wrażenia, które rodzi się, skoro nieobojętnie błądzimy wieczorem (...) po uliczkach staromiejskich”.

8. Władysław Podkowiński „Marsz żałobny Chopina”(1894), olej/płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie


W swojej pracowni, gdzie artysta dokończył żywota, pozostawił na sztaludze ostatni, malowany już w ciężkiej chorobie obraz, jeszcze niedokończony, symboliczną kompozycję, „Marsz żałobny”. Podkowiński zaczął nad nim pracę pod koniec jesieni 1894 roku, będąc już krańcowo wyczerpany chorobą. Główną inspiracją do podjęcia pracy nad tym obrazem był utwór poetycki Kornela Ujejskiego „Marsz pogrzebowy Szopena”, który z kolei zainspirowany został fragmentem Sonaty b-moll, op. 35 Fryderyka Chopina. „Obrazem swoim jest on w stanie łzy wycisnąć, bo łzami go malował. W karierze Podkowińskiego najdojrzalszym, najartystyczniej wyrażonym pozostanie dzieło przerwane przez śmierć. „Marsz pogrzebowy” jest zapowiedzią tego, co by artysta mógł z siebie snuć w dalszym ciągu. Jest on w nim szczerym, jakby przy ostatniej spowiedzi” - pisał krytyk zaraz po śmierci malarza.

9. Leon Wyczółkowski „Kurhan na Ukrainie” (1903), olej/płótno, Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy


Prawie dziesięcioletni (w sumie) pobyt artysty na Ukrainie wpłynął na jego postawę artystyczną, ugruntował w nim realistę zafascynowanego bezkresnymi widokami stepów. Oczywiście nie tylko, gdyż malował także prosty lud przy codziennej pracy. W jego obrazach z tamtych czasów widzimy niezwykłą wrażliwość na światło. W przewodniku po Domu Leona Wyczółkowskiego bydgoskiego muzeum czytamy o tym obrazie: „Zachodzące słońce, przebarwiające żółcieniami, błękitami i fioletem tworzy niezwykły kontrast z ciemnym tajemniczym kurhanem i rozległym stepem. Dla artysty najważniejsze w tym obrazie są natura i zachód słońca.”

10. Stanisław Wyspiański „Chochoły” (1898-1899), pastel/papier żeberkowy, Muzeum Narodowe w Warszawie


Pojęcie „chochoła” od razu przywołuje nam na myśl osobę z dramatu „Wesele”. Jednakże obraz powstał przynajmniej dwa lata przed napisaniem przez artystę tego utworu. Sam twórca pierwotnie zatytułował go „Pałuby na Plantach tańczące”, a obecny tytuł „Chochoły” pochodzi dopiero z 1927 roku. Ciekawym natomiast jest co zainspirowało artystę do namalowania tego pastelu. Jeden z jego znajomych tak to wspomina: „Pamiętam, jak idąc raz w nocy Plantami z Wyspiańskim zauważyliśmy naprzeciw muru tzw. "Świętego Michała" grupę krzewów różanych. Było to bardzo wczesną wiosną (…) i róże stały jeszcze w zimowym owinięciu ze słomy. - Niech pan patrzy, one tańczą, one zupełnie tańczą - mówił Wyspiański. Wkrótce potem wymalował tę grupę krzewów w słomianych owijakach, wiodącą prawie że ludzki taniec wśród plantacyjnych kasztanów przy świetle latarni. Całość emanuje aurą niesamowitego snu, wywołując efekt dotknięcia czegoś wymykającego się racjonalnemu poznaniu, czegoś nie z tego świata”.